Book Paradise

Dla siostry wszystko...

Siostra - Lupton Rosamund

Siostra to zdecydowania jedna z tych pozycji, która wciąga od pierwszej strony, wręcz od pierwszego zdania. To jedna z tych pozycji obowiązkowa na jesienno- zimowe wieczory. Zawsze się zastanawiałam jak ci pisarze to robią, że potrafią trzymać w napięciu dosłownie od początku do końca. Kiedy pomimo zmęczenia i braku czasu czytam bardzo intensywnie, wtedy wiem- ta książka jest naprawdę rewelacyjna.

 

Beatrice straciła ukochaną siostrę. Jest całkowicie sama w swojej rozpaczy i żałobie- pomimo, że otaczają ją wciąż ludzie. Nikt nie wierzy w to, że Tess mogła być zamordowana- policja poszła na łatwiznę, dopasowała elementy układanki tak, że tworzą wygodną wersję samobójstwa. Jednak Beatrice nie daje za wygraną i próbuje dotrzeć prawdy i znaleźć mordercę.

 

Siostra to debiutancka powieść Lupton Rosamund. Styl jest wręcz doskonały. Czytelnik co chwilę przenosi się do innego czasu historii, a pomimo to całość jest bardzo spójna. Autorka nie daje nam szans na zagubienie się- opracowała tą historię z niezwykłą precyzją. Dzięki tej zmienności i dynamiczności nie chcemy przerwać czytania. Dawno nie czytałam tak porywającego thrillera!

"-Gdzie jest ten pokój płaczu [...]? Proszę mnie tam zabrać.
-Nosisz go ze sobą wszędzie moje dziecko. Tak jak wszyscy cierpiący. Wszyscy wchodzimy do środka. Pytanie brzmi, czy z niego wychodzimy, czy zostajemy na zawsze? I kogo wciągamy ze sobą?"

Paullina Simons, Dziewczyna na Times Square

Uwaga Spoiler!

Letnia miłość

Ogród letni - Simons Paullina

Kończy się lato, a wraz z nim wakacyjne romanse, miłości, przygody. Moją tegoroczną letnią miłością jest zdecydowanie trylogia o Tatianie i Aleksandrze. Nigdy bym się nie spodziewała, że romans rodem ze Związku Radzieckiego aż tak bardzo podbije moje serce. Czasami czytając książki rosyjskich autorów, czy oglądając rosyjskie filmy mam wrażenie, że niektóre rzeczy są aż za bardzo ,,rosyjskie". W przypadku tych książek nie było takiego problemu. Co prawda autorka- Paullina Simons jest amerykanką, ale wywodzi się z rosyjskiej rodziny i nie wątpię, że przyjęła wychowanie z rodzinnego kraju. Kiedy w pierwszej części zginął brat głównej bohaterki- zastanawiałam się czy nie przepadł na dobre. Tatiana została poinformowana o jego śmierci jedynie listownie- nie widziała tego na własne oczy. Model rosyjski pewnie uśmierciłby Paszę na wieki wieków, ale on na szczęście pojawił się w części drugiej.

 

Patrząc już z perspektywy wszystkich trzech części- jedynie druga mnie zawiodła. A biorąc się za ostatnią zastanawiałam się- o czym tu jeszcze pani Simons miała pisać przez ponad 800 stron? Wojna się przecież skończyła, a nasi kochankowie są bezpieczni w Ameryce. Autorka zawarła w książce jeszcze problemy psychologiczne człowieka, który przeżył okropieństwa wojny. Żadne bogactwa i wygody nie skasują nigdy z pamięci tak drastycznych wspomnień. I nawet kiedy życie układa się na pozór idealnie- przeszłość często bierze górę. Tak było wielokrotnie w przypadku Aleksandra. Początkowo nie mógł kochać swojej żony dawną miłością. Kiedy jednak uczucie znów powróciło i nawet sprawy finansowe szły jak po maśle- kusiła go zdrada. Tatiana wydawała się jakby ponad to wszystko- przecież przeżyła również wiele okropnych chwil, wojna doświadczyła ją podobnie ciężko jak i Aleksandra. Jednak ona zawsze była uśmiechnięta, szukała pozytywów, pracowała z radością i poświęcała się potrzebującym. Po prostu kobieta idealna, żadna tam słaba płeć.

 

Wszystkim miłośnikom wielkich romansów serdecznie polecam losy Tatiany i Aleksandra. Ich letnia miłość, miesiąc miodowy- prawdopodobnie najszczęśliwsze chwile życia miały miejsce w małej rosyjskiej wsi Łazariewo. Życzę każdemu aby takie swoje Łazariewo gdzieś w życiu znalazł.

Beach reading

Po małych wyjazdach urlopowych naszła mnie refleksja dotycząca czytania na plaży. Kiedy wreszcie dane jest mi powylegiwać się beztrosko na plaży, nie jestem w stanie nic robić oprócz łapania słońca, przymknięcia oczu i słuchania szumu fal. Okej, czasem szum fal jest skutecznie wygłuszany przez piski zadowolonych dzieci albo sprzedawców gotowanej kukurydzy, lodów, piwa czy czego tam jeszcze. Plaza, morze, słońce- wszystko to jest niesamowicie relaksujące. Mimo mojej wielkiej miłości do książek, nie jestem w stanie ich przynieść ze sobą na plażę. Kilka razy próbowałam, ale zawsze albo słońce za bardzo mnie raziło- jestem przyzwyczajona po prostu do własnego sztucznego oświetlenia lampki nocnej :) Nigdy też nie mogłam się odpowiednio ułożyć na piasku- zawsze coś mi przeszkadzało. Jednak jest wielu plażowiczów, którzy czytają zachłannie i czerpią z tego przyjemność. Dla wielu osób jest to jedyny czas, kiedy tak naprawdę mogą sobie na to pozwolić. A jak jest u was? Uprawiacie beach reading?

 

 

 

 

"Wstanę, po mieście chodzić będę, wśród ulic i placów, szukać będę ukochanego mej duszy. Znalazłam umiłowanego mej duszy, pochwyciłam go i nie puszczę."

Pieśń nad Pieśniami- cytowane w Tatiana i Aleksander, Paullina Simons

Baby reading

Kiedy w życiu osoby uzależnionej od czytania pojawia się dziecko, nie pozostaje nic innego jak pójść na tymczasowy odwyk. I nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli nie znajdziemy nawet pół godzinki czasu na to, żeby chociaż porządnie zacząć jakąś książkę. Okej, na początku dzidziuś w większości śpi (chociaż wiadomo, że każdy jest inny :)), ale właśnie kiedy już uda nam się ukołysać do snu nasze maleństwo, sami decydujemy się na drzemkę. Kiedy dziecko zaczyna chodzić- wtedy nasze oczy muszą być dosłownie dookoła głowy- ale na pewno nie mogą spocząć na kartkach książki. Kiedy dorasta i zaczyna co raz więcej rozumieć- staramy się zaszczepić w nich miłość do czytania i wtedy jedyne co czytamy do historie o tym, jak Kłapouchy znowu zgubił ogon, albo jak malutki bohater zgubił swoją ukochaną zabawkę i wyrusza w misję odnalezienia jej. Czy pozostaje nam w takim razie czekać aż dziecko wreszcie pójdzie do szkoły? Ciężko powiedzieć. Dziecko to prawdziwe wyzwanie życiowe i chcąc czy nie chcąc ograniczamy swoje przyjemności, a już na pewno ograniczamy czytanie. Życzę wszystkim rodzicom, aby trafiła im się choć chwila spokoju na przeczytaniu kilku stron :)

 

 

 

 

 

 

Cory Monteith

Mój dzisiejszy post nie będzie związany ani z książkami ani z czytaniem. Oglądanie seriali jest sporą przeciwnością do tego. Ale te najlepsze chwile związane z czytaniem i oglądaniem mają ten sam efekt. Poprawiają humor, sprawiają, że się relaksujemy, czujemy się lepiej.

 

Moim ulubionym rozweselaczem jest amerykański serial Glee. Jest to serial musiacalowy. Znajdziemy tam nie tylko piosenki współczesne, ale wszystkiego rodzaju klasyki. Te nowoczesne aranżacje bardzo rozwijają i wzbogacają gust muzyczny. Poza muzycznym aspektem serialu, należy koniecznie wspomnieć o świetnych bohaterach. Finn i Rachel- ich miłosne zawiłości śledzimy od samego początku. Rachel to niespełniona gwiazdka a Finn jest już gwiazdą- co prawda na razie szkolną, ale zawsze to gwiazdą. Puck- żydowski chłopak z irokezem, którego pasją są... Seksowne panienki. Kurt- homoseksualista, który zmaga się ze swoją tożsamością oraz wyróżnia się niecodziennym stylem. Artie- od lat niepełnosprawny, jeździ na wózku, ale mimo to stara się spełniać marzenia. To tylko kilka głównych postaci, ale w oczy rzuca się jedno- większość z nich reprezentuje typowe stereotypy. Poprzez ten serial są one obśmiewane. Każdy widz polubi Kurta- geja pomimo uprzedzeń, a Puck jest tak niesamowicie zabawnym twardzielem- podrywaczem, że nikt nie zwraca uwagi na to, że jest Żydem. Jego pochodzenie jest wspominane w serialu jako element humorystyczny.

 

Serial ten- podobanie jak moje ulubione książki, ma same zalety. W ubiegły weekend niestety byliśmy świadkami okropnego wydarzenia. Cory Monteith, odtwórca głównej roli- Finna, zmarł nagle 13 lipca. Wszyscy fani są w szoku, zwłaszcza, że był narzeczonym odtwórczyni roli Rachel- Lei Michale. Tym bardziej mój ból jest podwójny. Każdy fan Glee jest pewny- serial już nigdy nie będzie taki sam. Dlatego chciałam uczcić pamięć Coriego tym postem. Tak samo jak wiele książek, ten serial wielokrotnie zmuszał mnie do przemyśleń, refleksji.. Dlatego uważam go za niezwykle wartościowy!

 

 

Uwaga Spoiler!

Złowiona na haczyk

Łowcy głów - Jo Nesbø

Zostałam zdecydowanie złowiona na haczyk przez pana Nesbo! Muszę przyznać, że na początku jednak górę brało ZNOWU uprzedzenie. Czytałam kilka części z serii kryminalnej w głównej roli ze śledczym Harrym Hole'em również autorstwa Jo Nesbo. Klimat tamtych książek jest niezwykle ponury i co właściwie najgorsze- nasz śledczy jest alkoholikiem! W umysłach wielbicieli kryminałów zakodował się już na pewno  od dawna  detektyw / policjant / śledczy etc., który właśnie ma problemy z alkoholem. Oczywiście wszystko zależy od danej fabuły, ale Hole nie wzbudzał mojej sympatii czy współczucia. Ciężko również było mi przejść przez te mroczne opowieści z Oslo. Natomiast Łowca głów cechuje się niebywale błyskotliwym i często ironicznym i żartobliwym stylem, co sprawiło, że zostałam złowiona już po kilku stronicach.

 

Roger- zwany w powieści właśnie łowcą głów, zajmuje się rekrutacją pracowników na wysokie stanowiska kierownicze. Jest prawdziwym królem w swojej branży. Do tego dodać można jego ciekawe ,,zainteresowanie" sztuką. Może nie tyle zachwyca się cudami sztuki jak jego żona Diana, ale wśród swoich kandydatów wyławia tych, którzy posiadają w swoim domowym zaciszu jakiś baaaaaardzo wartościowy obraz. Zwyczajnie je kradnie- tą sztukę opanował do perfekcji. Kiedy na horyzoncie pojawia się pewien człowiek, który prawdopodobnie posiada zaginione dzieło Rubensa warte miliony, Rogerowi w oczach pojawia się błysk, a  w umyśle plany na przyszłość, Kradzież odbywa się jak zwykle sprawnie, ale okazuje się, że właściciel obrazu jest kochankiem Diany. I wcale nie chodzi w tym o uwiedzenie pięknej kobiety- raczej o pozbycie się Rogera.

 

Książka prócz niesamowitych zwrotów akcji stawia przed nami pytanie- czy zdrada jest zdradzie równa? Dowiadujemy się, że Roger również w przeszłości miał kochankę. Nie chodzi w prawdzie o to, ze jest nieszczęśliwy w małżeństwie- wręcz przeciwnie! Jego żona to najlepsze co w życiu mu się przydarzyło. Po prostu zachwyciła go artystka Lotte, która nie zadaje zbyt wielu pytań. Wydaje mu się, że ,,grają do jednej bramki", jakby pochodzą z jednej ligi. Natomiast Diana jest rozgoryczona faktem, że Roger wciąż nie chce dać jej dziecka, co jest jej wielkim marzeniem. Gdy poznaje Clasa, jest gotowa zajść z nim w ciążę choćby nie wiem co- jest skłonna nawet współpracować z kochankiem w zemście na własnym mężu. Co prawda nie do końca jest świadoma powagi sytuacji, ale w kwestii romansu budzi znacznie mniejsze współczucie.

 

Podsumowując krótko- panie Nesbo, niech pan piszę więcej o nie-alkoholikach, niech pan pisze w tak wyśmienitym stylu! Chętnie dam się złapać na inne haczyki.

"Nic nie pozwala mężczyźnie urosnąć ponad prawdziwy wzrost bardziej niż miłosne wyznanie kobiety. I bez względu na to, jak marna z niej kłamczyni, zawsze jakaś jego cząstka będzie jej za to wdzięczna i będzie przynajmniej trochę kochać. "

Jo Nesbo, ,,Łowcy głów"

Omijajcie wyspy!

I nie było już nikogo - Agatha Christie

Nie wiedzieć czemu, zawsze mi się wydawało, że książki Agaty Christie są jakieś słabe. Dlaczego? Zawsze stoją w bibliotece w dość dużych ilościach i co dziwne- stoją obok harlequinów. To nietypowe położenie sprawiło, że stwierdziłam, że nie warto do nich zaglądać. Ale intrygowało mnie to, że jedna z moich ulubionych pisarek Camilla Lackberg często podkreśla w wywiadach, że Christie była jej ulubioną autorką w dzieciństwie oraz, że często była jej źródłem inspiracji. Po przeczytaniu I nie było już nikogo rozwiałam wszelkie moje wątpliwości :)

 

Książka jest do przeczytania dosłownie na jeden wieczór. Nie jest to opasłe tomisko, ale sama akcja sprawia, że z ciekawością zerkamy dalej i dalej... Na Wyspie Żołnierzyków- wyspie odizolowanej od otoczenia z luksusową willą, spotyka się 10 osób. Każde z nich dostało zaproszenie do pobytu- każde z nich z innego powodu. Ten dostał ofertę pracy, tamtemu dawna znajoma zaproponowała spotkanie... Na miejscu okazuje się, że nie ma na wyspie nikogo prócz tych dziesięciu osób. Mało tego- w swoich pokojach odnajdują wypisany wierszyk na ścianie. Jest to wierszyk o dziesięciu żołnierzykach- o tym jak co chwilę umiera kolejny z nich. Po pierwszej wspólnej kolacji wszystko odbywa się tak jak w wierszyku- jeden z gości po spożyciu napoju, krztusi się i umiera. Kto będzie następny i kto stoi za tym wszystkim? Trzeba przyznać, że trzeba mieć niesamowitą wyobraźnię, żeby sobie coś takiego wymyślić i jeszcze to później logicznie wytłumaczyć!

 

Nie dziwię się, że Camilla tak bardzo lubiła tą pisarkę. W końcu mają podobne zainteresowania- psychopatów :) Fani książek Camilli na pewno widzą na pierwszy rzut oka podobieństwa- akcja z dwóch jej książek działa się właśnie na wyspach. Stworzyła z nich podobnie jak Agata Christie- miejsce dziwne, tajemnicze- w sam raz nadające się na jakieś zabójstwo!

Niestandardowo o wielkiej miłości

Jeździec miedziany - Simons Paullina

Oczywiście, że czasem dla relaksu lubię sobie poczytać sobie coś bardzo lekkiego, śmiesznego. Takim ,,zapychaczem" czasu często są romanse, które są niezwykle przewidywalne. Zawsze wszystko kończy się dobrze, cokolwiek by się nie działo po drodze, to możemy być pewni- tych dwoje i tak się zejdzie ze sobą. To taki bardzo harlequinowy model. Na myśl mi przychodzą również powieści Nicholasa Sparksa- które też są dość przewidywalne, ale w drugą stronę- u niego prędzej czy później zawsze ktoś umiera. Taką przewidywalną książką na pewno nie jest jednak Jeździec miedziany

 

Dwoje młodych ludzi. Wybuch miłości, zakazanej miłości. Namiętność. A jakby tego wszystkiego było mało dołóżmy wojnę, komunizm, głód. W takich właśnie realiach osadziła swoich bohaterów autorka. Tatiana i Aleksander najpierw starają się ukryć swoje silne uczucie- co tu dużo mówić, to była prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Później kiedy odważyli się wreszcie na ten poważny krok w swoją stronę- zmagają się z wojennymi realiami jeszcze bardziej.

 

Na próżno szukać w tej niesamowitej powieści nudy i przewidywalności. Bardzo cenię sobie romanse, które są właśnie pozbawione tych cech. Do tego wszystkie historyczne aspekty fabuły są opisane z ogromną dokładnością. Każdy kto kiedykolwiek kochał, wzruszy się nie jeden raz przy losach tej wspaniałej pary.

 

 

Wybitnie genialny i arogancki

Steve Jobs - Isaacson Walter

Steve Jobs, człowiek legenda. Kiedy dowiedziałam się o jego śmierci, usłyszałam- „twórca IPoda, IPada i IPhone’a”. Głupio się przyznawać, ale tak dokładnie nie wiedziałam co to za magiczne urządzenia. Coś tam mi się kojarzyło, ale nie do końca. Nigdy nie byłam i nie jestem maniaczką gadżetów technologicznych i komputerowych, stąd moja niewiedza. Zawsze miałam duszę artystki, humanistki, więc nie pociągały mnie tego typu rzeczy. Nie żebym nie miałam zielonego pojęcia o świecie techniki. Nie jest ze mną jeszcze tak źle, nie posądzajcie mnie o wiek emerytalny! Oczywiście nie piszę tego ubliżając emerytom, którzy wbrew naszym wyobrażeniom radzą sobie z komputerami coraz lepiej. Jednak zaciekawiła mnie postać Jobsa, o której tak wiele się mówi ostatnio. Założyciel znanej na całej świecie firmy Apple. Kiedy zobaczyłam opasłe tomiszcze, które było jego biografią, stwierdziłam, że pewnie tego nie przeczytam. Jasne, że spróbuję, ale wątpiłam w powodzenie tej „misji”. Ile można czytać o tym jak się konstruuje komputery i inne bajery? Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy z żalem kończyłam czytanie. Żałowałam oczywiście, że to już koniec.

Nie przepadam za biografiami. Wolę przenieść się w fikcyjny świat, wydawał mi się on zawsze ciekawszy. Okazuje się jednak, że życie pisze również ciekawe i porywające scenariusze. Autor biografii Jobsa, Walter Isaacson doskonale spełnił swoją rolę. Była to praca całkowicie akceptowana przez Steve’a- mało tego, sam go poprosił, aby takową napisał! Czytając, bardzo często miałam wrażenie, jakby Walter przez całe życie stał za plecami Steve’a. Opisywał wszystko z wielką dokładnością. Czasami miałam nawet wrażenie, że siedzi w jego umyśle. Zrozumienie Jobsa to niezwykle trudne zadanie, ale kiedy zrobił to Walter, zrobili to i czytelnicy.

Steve Jobs to geniusz. Ale każdy geniusz ma również coś z szaleńca, co potwierdzają również inne przykłady wybitnych postaci. Ciężko jest w tym krótkim opisie ująć istotę fenomenu Jobsa. Miesiącami nieumyty, chodzący boso, zarośnięty, kompletnie niezadbany i do tego jeszcze arogancki. Przychodził tak do najwybitniejszych osobistości zamkniętego światka technologicznego, a na biurko wywalał swoje śmierdzące stopy. Hewlett-Packard, Xerox, Atari. Przychodził ze swoimi propozycjami, interesami, wręcz czasami warunkami. A oni na nie przystawali i to z pocałowaniem w rękę. Dlaczego? Po prostu był genialny. Do tego dodać jeszcze jego niesamowite zdolności retoryczne. Za przykład można podać jego próby przekonania dyrektora handlowego Coca- Coli, Johna Sculleya, aby przeszedł do Apple’a. Zapytał: ,,Czy chcesz do końca życia sprzedawać słodzoną wodę, czy chcesz zmieniać świat?”. I coż ten biedny Sculley miał odpowiedzieć?

Czytając biografię, doszłam do wniosku, że tak naprawdę Jobs niczego osobiście nie skonstruował, nie zbudował, nie zaprojektował. Skąd więc takie określenia, o wielkim twórcy? Po prostu gdyby nie on, jego pierwszy wspólnik prawdopodobnie rozdawałaby swoje komputery za darmo znajomym. Gdyby nie on, nie mielibyśmy teraz wygodnego systemu okien, ciekawych czcionek, pasku startowego i wielu innych- przecież podstawowych rzeczy w naszych komputerach. To on to wszystko wymyślił i nadzorował. Był niesamowicie wrażliwy na sztukę, piękno, estetykę. Wszystko musiało mieć po prostu perfekcyjny wygląd. Przekonajcie się sami- obejrzyjcie na żywo jeden z jego produktów. Nawet opakowanie jest idealne, a przecież po powrocie do domu od razu wyrzucimy je do śmietnika. Dla niego to nie miało znaczenia. Myślę, że między innymi dlatego postać Jobsa tak bardzo mnie oczarowała. Nigdy wcześniej nie spotkałam tzw. „ścisłowców”, którzy jednocześnie mieli tak artystyczne wnętrze. Z ręką na sercu polecam więc tą biografię wszystkim humanistom, którzy przerażeni są wszelkimi liczbami, nawet tworzącymi tylko numery telefonów. Steve Jobs z pewnością odmieni wasze poglądy na ten skomplikowany świat technologii.

Najlepsza pozycja do czytania :)

Pewnie każdy z nas ma swoje czytelnicze ,,sacrum". Jest jedno jedyne takie miejsce gdzie czyta się najlepiej, albo są takie sytuacje, w której jest to największą przyjemnością. Dla mnie czytanie jest najwspanialsze kiedy leżę w swoim łóżku, najlepiej wieczorem, kiedy muszę już zapalić lampkę, żeby dobrze widzieć. Zatracam się wtedy totalnie w tym wyimaginowanym świecie i ciężko mi się z niego wydostać. Jeszcze jeden rozdział, jeden akapit... Co z tego, że te oczy tak strasznie mi się kleją, a na drugi dzień trzeba bardzo wcześnie wstać. Najlepsze jest to, że te moje zwyczaje ani troszkę nie są zdrowe :D Istnieje coś takiego jak zdrowe czytanie. Nie można czytać w pozycji leżącej (ale przecież to takie wygodne!) i absolutnie nie w piżamie! Dlaczego? Do naszego mózgu dociera jasny przekaz- czas na spanie! Ponadto nie można czytać w samochodzie, tramwaju, autobusie i innych wszelkich środkach transportu. Wtedy tekst przemieszcza się razem z pojazdem i oczy wykonują o wiele większy wysiłek niż zazwyczaj. A tyle razy widzę w tramwaju o poranku ludzi, którzy czytają. Jakoś nie potrafię tego robić- próbowałam kilka razy w autobusie, ale jest to pozbawienie wszystkich przyjemności! Jestem albo zbyt śpiąca, albo zbyt głodna, żeby się odpowiednio skupić i w rezultacie czytam byle jak. A aż szkoda, prawda? Wielu urlopowiczów na plażę wybierają się obowiązkowo z książka czy gazetą. Czytanie przy takim świetle słonecznym nie jest również zdrowe. Ale cóż poradzić, kiedy wszyscy czerpiemy z tego tak wielkie przyjemności? To jak prawdziwe uzależnienie :)

 

 

 

 

 

 

 

Powieść we wszystkich kolorach tęczy

Słoneczniki - Bundrick Sheramy

Jakie było życie wielkiego malarza Vincenta van Gogha przed poznaniem Rachel? Z pewnością miało wiele barw, ale nie były zbyt wyraziste, nie były zbyt mocne aby namalować takie przeżycia. Jednak w prostytutce, nie różniącej się zbytnio od innych, jak mogłoby się innym wydawać, ujrzał złocistą dobroć zmieszaną wraz z soczysto słoneczną niewinnością targaną złowieszczym, zimnym, granatowym wiatrem. Siedziała przed nim w żółtej sukience cicho płacząc, i tak zaczęła się ich bujna znajomość.

Sheramy Bundrick w powieści Słoneczniki fantazjuje na temat związku tajemniczej kobiety, która była powodem do odcięcia własnego ucha przez van Gogha. Cała znajomość nie jest w prawdzie udowodniona, lecz szereg bohaterów książki pozostaje autentycznymi. Nie chodzi tylko o postacie, ale także o charakter, zachowanie i chorobę malarza, miejsca takie jak Arles czy Paryż, listy do brata Thea, ale też co najważniejsze- obrazy. Każdy z nich to odrębna historia. I choć malował je w zastraszającym tempie, przelał w nie starannie swoją duszę i uczucia. Kiedy spoglądamy na jakikolwiek obraz w pierwszym lepszym muzeum widzimy tylko samo płótno. Podoba nam się bardziej lub mniej, krótko kontemplując idziemy dalej. Kiedy znamy okoliczności powstawania dzieła, takie oglądanie obrazu jest stokroć intensywniejsze. Niesamowite opisy pełne barw i kształtów, rysowały w mojej wyobraźni dzieła wymieniane w powieści. Znając pobieżnie niektóre z nich, budowałam w swoim umyśle kolejne portrety i krajobrazy. Kontrastując je z rzeczywistością niewiele się myliłam- autorka sprostała tak wielkiemu wyznaniu. Bo jak można opisać słowami to co wypłynęło spod pędzla prawdziwego mistrza? Kiedyś Sypialnia van Gogha w Arles była zwykłym pokojem, Słoneczniki były kwiatami, których intensywne kolory zapowiadały lato, a Autoportret z zabandażowanym uchem był tylko symbolem wielkiej awangardy i dramatyzmu w sztuce. Patrząc z perspektywy tej książki dziś wszystkie jego obrazy, a szczególnie te przytoczone przeze mnie, które są pewnie najbardziej znane, są dla mnie zwierciadłem życia van Gogha. Dreszcze przechodzą po moim ciele, prawie jakby ten wielki malarz stał tuż obok, podziwiając dopiero co skończoną pracę.

Wracając do relacji z narratorką powieści- może i jest w niej ziarnko prawdy. Imię Rachel pojawia się oficjalnie w przekazie prasowym z tego feralnego dnia, kiedy Vincent dosłownie podarował jej swoje własne ucho. Od tego być może zaczęła się jego cała choroba psychiczna. Tak wiele rzeczy pasuje do dalszych, prawdziwych dziejów. Lecz co do fabuły jest to idealnie stworzona opowieść. Jest pełna małych i dużych dramatów, które na przemian przewijają się z chwilami pełnymi szczęścia. Każda linijka tekstu jest naszpikowana takimi uczuciami i emocjami, że płaczemy i śmiejemy się wraz z Rachel i z zaciekawieniem i pasją podążamy za nią przewracając kolejne stronice.

Jako kobieta często reaguję emocjonalnie na różne wydarzenia. Nawet te małe rzeczy potrafią skłonić do płaczu. Mężczyźni z niepokojem spoglądają na nas kiedy pociągamy chusteczką w kinie, bo sami też by chętnie się rozkleili. Czytając musimy wiele sobie wyobrażać, a ze Słonecznikami wręcz dzieje się to samoistnie. Tu nic nie jest czarne albo białe. Cały świat przedstawiony w powieści namalowany jest we wszystkich kolorach tęczy. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się płakać przy opisie. Ostatnie strony przewracałam z trudem. Wszystko już było wyjaśnione, jednak ten wzruszający opis po moim policzku spływały lazurowe łzy. Rachel zastyga wraz z ukochanym na obrazie, jedynym na jakim pozostawił ich tak wyraziste, wspólne ślady.

"Czytać to bardziej żyć, to żyć intensywniej."

Carlos R. Zafon- Cień wiatru

Start!

Tak oto dziwnym trafem zawitałam na booklikes i niezmiernie mi się tu podoba :) Jest to tym bardziej wciągające, ponieważ jestem w trakcie sesji, więc każda czynność jest bardziej interesująca od uczenia się... Ale to nie oznacza, że sprowadzam siedzenie na tej stronce do pastowania podłóg :) Swoją drogą to drugie często mi się zdarza kiedy mam się uczyć... W każdym bądź razie- oto mój pierwszy wpis i niebawem na pewno będzie następny :)

 

 

Teraz czytam

Lisia dolina
Charlotte Link